Pierwszy ważny list z informacją, że zostałem solo waltornistą Filharmonii Dortmundzkiej otrzymałem w środku sezonu 1956-1957. Tamtejszy dyrektor muzyczny Rolf Agop szybko mnie zauważył i zatrudnił. W programie był pierwszy koncert Straussa i grałem go z pamięci, jak solista. Cztery lata później dostałem angaż w Stuttgardzkiej Symfonicznej Orkiestrze Radiowej i pracowałem tam z wieloma cudownymi dyrygentami. Pierwszym dyrygentem był tam Hans Müller-Kray, a gościnnie występowali Carl Schuricht, Sergiu Celibidache, Karl Böhm, Benjamin Britten i Paul Hindemith.

W 1964 roku brałem udział Międzynarodowym Konkursie ARD w Monachium. Mój program obejmował sonatę Beethovena, trzeci koncert Mozarta, Webera (Concertino, przyp. MG), pierwszy koncert Straussa oraz sonaty Hindemitha i Petera Racina Frickera. Dziesięć dni później otrzymałem decyzję jury: zostałem zwycięzcą. Nawet sopranistka Jessye Norman zdobyła tylko drugą nagrodę. Wróciła jednak rok później, stawiła czoło monachijskiemu jury i tym razem zdobyła pierwszą nagrodę. W wywiadzie dla ARD powiedziałem: „Pragnę, aby waltornia ponownie stała się instrumentem solowym”. Następnie w studiu telewizyjnym zagrałem Nokturn ze Snu nocy letniej Mendelssohna. Deutchsche Welle w Kolonii zrobiło ze mną program, który był transmitowany za granicę. Zaproponowano mi również, abym zaczął uczyć w Folkwangschule w Essen.

Pojawiła się kolejna propozycja, tym razem koncertu w Rzymie. Nie miałem możliwości, aby wziąć wolne w orkiestrze, ponieważ graliśmy 6 symfonię Mahlera z Claudio Abbado. Abbado zapytał mnie „Czy nie pracujesz w Berlinie?”, „Nie, właśnie zrezygnowałem ze Stuttgartu i przenoszę się do Essen”. Mój kolega Wilhelm Stroß powiedział, że „do Essen poszedłby choćby na piechotę!”. Tak więc w 1966 roku przeniosłem się do Folkswangschule. Zrezygnowałem z bezpiecznej posady waltornisty solisty w orkiestrze Stuttgardzkiej i zostałem nauczycielem w Essen-Werden z zamiarem odświeżenia mojej pierwszej nagrody. Oprócz tego grałem z Concerto Amsterdam pod batutą Jaapa Schrödera, z Karlem Münchingerem i jego Stuttgart Chamber Orchestra oraz w Wiedniu z Nikolausem Haranoncourtem i jego Concentus Musicus Wien.

Byłem dobrze znany w Monachium, ale jak dotąd nie grałem dla Karla Richtera. Maurice André, którego znałem od lat podsunął mu pomysł: „Baumann ze Stuttgartu to ktoś, kogo koniecznie musisz zaangażować!”. Podróż pociągiem przez Włochy i Szwajcarię była dla wszystkich nie lada doświadczeniem. W Palermo mieliśmy soundcheck przed koncertem. „Chcemy całą arię Quoniam” powiedział Richter podczas próby Mszy h-moll (Bacha, przyp. MG). Wstałem i zagrałem całą arię, a potem spytałem: „Czy powinienem zagrać tą arię Bacha jakoś inaczej?”. Nastąpiła chwila ciszy, po której Richter – a potem cała orkiestra i chór – wybuchnął śmiechem – to było naprawdę niesamowite. „Właśnie tak zawsze sobie wyobrażałem tę arię basową” odpowiedział Richter. Podczas tej samej podróży spytał mnie później „Czy chciałbyś zagrać ze mną w Goldener Saal?” „Ależ oczywiście!”. „Chcieliby drugi koncert Straussa”.

To była długa zima. Na początku kwietnia pojechałem ze swoją rodziną w góry aby pojeździć na nartach i sankach. Gdy trzymałem rękę mojej córki Johanny, która jechała na krótkich nartach, zrobiliśmy skok. Jej nic się nie stało, ale mnie niestety tak. Czułem potworny ból, pojechaliśmy do najbliższego szpitala. Moja dłoń była połamana i założyli mi gips na 18 dni przed wiedeńskim koncertem! Zdecydowałem się nie odwoływać koncertu. Do mojego Alexandra firma dołączyła dodatkowy uchwyt tak, że mogłem lepiej trzymać instrument i oprzeć jego ciężar na pętli, która była przymocowana wokół mojego ciała. Teraz spędzałem noce i dnie próbując – chociaż odrobinę – uwolnić palce z nieporęcznego gipsu tak, żeby móc ćwiczyć. Owinięty bandażem pojechałem z żoną do Wiednia. Okna naszego pokoju w Hotelu Imperial wychodziły na Goldener Saal. Richter – tak jak cała orkiestra – patrzył trochę podejrzliwie, gdy usłyszał co mi się przydarzyło. Publiczność wyciągała szyje aby zobaczyć mnie z gipsem. Drugi koncert Straussa jest szczególnie trudny i na koniec wiedeńczycy byli zachwyceni. Świat leżał u naszych stóp. Mój pamiętnik wciąż się zapełniał. Moja ukochana żona była nie tylko Panią domu z czwórką dzieci, jak powiedziała w telewizji, ale cały dzień spędzała przy biurku i telefonie. Jej studia łaciny i niemieckiego bez wątpienia jej pomagały, ale teraz jej głównymi językami stały się angielski i francuski.

Moi studenci grali w zespole, a wykonywaliśmy opracowania studiów orkiestrowych od Bacha i Beethovena aż do dzieł współczesnych. Muzykę XVIII i XIX wieku wykonywaliśmy również na rogach naturalnych. Zacząłem uczyć gry na rogu naturalnym w 1967 i miałem do dyspozycji własne instrumenty, które udostępniałem (studentom, przyp. MG).

Pochłonęła mnie idea adaptacji i rozwinięcia Grande Messe de Saint Hubert (Julesa Cantina, przyp. MG). Msza Świętego Huberta była pomyślana jako muzyka myśliwska i charakter jej poszczególnych części zawiera się od uroczystego i majestatycznego aż do ludowej wesołości. Jednym słowem zasadniczo poszerzyłem oryginalną mszę Julesa Cantina. W czasie, gdy skupialiśmy się na muzyce XVIII i XIX wiecznej, wielką radość sprawiała nam gra na rogach naturalnych z ich surowym dźwiękiem. Każdy muzyk grający na instrumencie dętym jest zafascynowany możliwościami prostego rogu pozbawionego wentyli. Jeśli chodzi o barwę dźwięku ma on do zaoferowania o wiele więcej, niż współczesny podwójny róg orkiestrowy: w fortissimo ma bardziej swobodny, jaśniejszy, niemal trąbkowy dźwięk, podczas gdy w pianissimo jest lżejszy, delikatniejszy i bardziej elastyczny, niż róg wentylowy. Dźwięki zatkane oznaczają nie tyle ograniczenia, lecz bogatszą paletę barwy dźwięku. I co równie ważne – naturalna intonacja instrumentu bezwentylowego ma szczególny urok dla ucha, nie korygowaliśmy zbyt niskiego 7 stopnia i zbyt wysokiego 11 stopnia ciągu harmonicznego, gdyż są one częścią charakterystycznego kolorytu muzyki myśliwskiej. Daliśmy wiele wspaniałych koncertów z moim Folkwang Horn Ensemble, Mekki waltornistów. Na zakończenie jednego z koncertów wykonaliśmy Grande Messe de Saint Hubert, grało dziewięć rogów naturalnych oraz 8 rogów wentylowych, które miały swój udział w sukcesie.

Wszędzie zamawiano drugi koncert Straussa: w Warszawie, Oslo, Helsinkach, Göteborgu, na Islandii, w Amsterdamie, Rotterdamie, Hadze, Belgradzie, Paryżu, Strasbourgu i Lyonie. Niemal w każdym mieście – co było dla mnie nowością – prowadziłem kursy mistrzowskie pod nazwą Jak radzić sobie z waltornią. Została wydana płyta z czterema koncertami Mozarta na rogu naturalnym z Nikolausem Harnoncourtem i Concentus Musicus Wien. Moja specjalność, Concertino Webera, zostało nagrane przez niemiecką telewizję w Herrenchiemsee Palace. Później grałem niedzielny koncert w telewizji w bardzo popularnym programie pod nazwą Wie schön ist doch Musik! (Jakże piękna jest muzyka!), a następnie dwa programy (prawdopodobnie również chodzi o telewizję, przyp. MG) z Monachium i Wiednia, gdzie grałem trzeci i czwarty koncert Mozarta.

Hermann Baumann CollectionWürttembergisches Kammerorchester towarzyszyła mi podczas tournée po Afryce Południowej, kolejną podróż z Heilbronn Players odbyłem do Rosji – Moskwa, Sankt Petersburga i Ryga, gdzie graliśmy Haendla, Haydna i Mozarta. Wykonywaliśmy ten program prawie bez przerwy aż do podróży do USA. Na Mostly Mozart Festival w Nowym Jorku grałem trzeciego i czwartego Mozarta, a następnie Kwintet Mozarta (KV 407, przyp. MG) z Tokyo String Quartet. Filharmonicy Wiedeńscy zaangażowali mnie na Międzynarodowy Festiwal Wiedeński z pierwszym koncertem Straussa, natomiast Salzburg Festival chciał oba koncerty (Straussa, przyp. MG), jeden przed, a drugi po przerwie. Później pojawiła się Thea Dispeker, która z wielkim entuzjazmem zaczęła mnie reprezentować w USA i Kanadzie. Co trzy lata latałem do Japonii i grałem Mozarta, Webera i Straussa z różnymi orkiestrami oraz Konzertstück Schumanna na cztery rogi z NHK Symphony Orchestra (Tokyo, przyp. MG). Dalej była podróż do Izraela. Z Jerusalem Symphony Orchestra byłem „bohaterem wieczoru”. Razem z Chamber Orchestra pojechałem do Haify i Tel Awiwu, a z Camerata Vegh mieliśmy trasę od Salzburga do Paryża i po całej Francji. Vienna String Soloists oraz London Mozart Players towarzyszyli mi podczas torunée po Niemczech. Z orkiestrą Nordwestdeutsche Philharmonie z Herford zagrałem Concertino Webera 13 razy w 14 dni, a następnie pojechałem z Müncher Philharmoniker do Zurychu, Lucerny, Berna, Lozanny i Genewy.

Gdy wróciliśmy do Nowego Jorku, Thea Dispeker gorąco uściskała mnie i moją żonę na powitanie. Sale nie mogły się doczekać na mój koncert, ofert było mnóstwo. W większości były zamówienia na cztery koncerty Mozarta. Od 1964 roku grałem absolutnie wszystko z pamięci, a później były bisy: Rondo (Mozarta, przyp. MG), ale tym razem na 200-letnim rogu naturalnym wykonanym przez Antoine Courtois w Paryżu. Następnie La Grande Fanfare Rossiniego w mojej własnej wersji na róg naturalny (gdzie w kadencji jednocześnie grając i śpiewając utworzyłem trzy linie melodyczne). Żartowałem, że New York Times nie mylił się, gdy napisał po jednym z moich pierwszych występów w Nowym Jorku, że taki waltornista rodzi się raz w ciągu wieku i to tylko wtedy, gdy mamy szczęście.

Później była moja pierwsza podróż do Australii: Come, blow your horn, Hermann Baumann!. Tu w Australii czekano na mnie, mówiono, że jestem Niemcem, który gra na waltorni jak włoski baryton. Repertuar z którym przyjechałem to pierwszy koncert Haydna, Mozart, Weber i Strauss. Krytycy pisali „ABC powinno zaprosić tego waltornistę ponownie!”. Moje drugie tournée zawiodło mnie do Adelaidy, Brisbane, Melbourne i Sydney: została nawet wyczarterowana łódź parowa Missisipi, aby uczcić moje urodziny – wypełniona była waltornistami, kobietami i dziećmi.

Później pojechałem do starego miasta Dubrownika w Chorwacji, gdzie dałem koncert przy akompaniamencie organów. I kto wtedy był na widowni? Kurt Masur ze swoim młodym synem. W ciągu kilku tygodni byłem w drodze do Lipska, gdzie miałem nagrać Straussa i Webera z nim i Gewandhausorchester. Rok później nagraliśmy Gliere’a, Saint-Saënsa, Dukasa i Chabriera, a atmosfera nie mogła być wspanialsza. Gdy wróciłem do Stanów Zjednoczonych miałem w swojej walizce wspaniałe dzieło na wielką orkiestrę z puzonami, tubą i harfą. Zagrałem dwanaście koncertów z Glierem podczas jednej trasy koncertowej!

Sir Simon Rattle, dla którego grałem już wcześniej w Kopenhadze, zaprosił mnie na tournée po Anglii – z trzecim koncertem Mozarta i pierwszym Straussa. Później grałem Trio Brahmsa w Nowym Jorku z Pinchasem Zuckermanem, a następnie z jego St. Paul Chamber Orchestra odbyłem tournee i dokonałem nagrania dla czterech koncertów Mozarta dla wytwórni Philips. Później w Londynie z Academy of St. Martin in the Fields nagrałem wszystkie koncerty Haydna i Telemanna.

Było coraz więcej zamówień na recitale z fortepianem. W Stanach Zjednoczonych i Kanadzie moim pianistą był Samuel Sanders, który grał regularnie również z Rostropowiczem, a podczas europejskich koncertów towarzyszył mi Leonard Hokanson. Wykonywałem głównie dzieła Beethovena, Rossiniego, Straussa, Czernego i Kruffta. Jednak publiczność najbardziej urzekał późnoromantyczny Gliere z towarzyszeniem fortepianu.

Przywiozłem ze sobą do Niemiec Concerto Soloists of Philadelphia, nasze 15 koncertów zostało wyprzedanych. Kursy mistrzowskie w Bernie dla waltornistów z całego świata pokazały, czego ode mnie oczekują studenci: sprawić, aby waltornia błyszczała, stała się atrakcyjna jako solowy instrument i nadać jej na nowo znaczenie oraz urok instrumentu koncertowego. W Bernie oraz w Gstaad-Saanen na Menuhin Festival dałem pokaz mojego kunsztu w koncertach Mozarta i Othmara Schoecka. Yehudi Menuhin podczas jednej z rozmów spytał mnie, czy mógłbym zagrać trio Brahmsa na szwajcarskim rogu alpejskim. W Sydney również grałem na didgeridoo, a w Oslo występowałem z lurą (skandynawski muzyczny instrument dęty, zazwyczaj w kształcie litery S, o długości dochodzącej do 2 m, wykonany z brązu lub drewna, zazwyczaj bogato zdobiony, przyp MG). W Kopenhadze Duńska Królowa Matka Ingrid pokazała mi, odnaleziony na mokradłach, róg sprzed 3000 lat. Miałem styczność również z kelp horn (róg wykonany z brunatnic, przyp. MG) odnaleziony na wybrzeżu w Kapsztadzie, na którym grałem Horn Signal Mozarta, a publiczność prosiła mnie, abym wielokrotnie bisował!

W 2005 roku w Sankt Petersburgu po raz pierwszy spotkałem się z rosyjskimi rogami z XVII i XVIII wieku. Niesamowite było to, że na każdym z nich można było wydobyć tylko jeden dźwięk. Bez chwili wątpienia zaprosiłem Russian Horn Capella na koncerty do Niemiec. W październiku 2006 roku byłem solistą, dyrygentem i również konferansjerem dla mojej niemieckiej publiczności.

Często dyrygowałem we Włoszech. Koncerty zwykle rozpoczynaliśmy symfonią Haydna, następnie grałem koncert Haendla, Telemanna, Haydna lub Mozarta, a na zakończenie wykonywaliśmy przyjemną symfonię Mozarta. Po koncertach (solowych, przyp. MG) publiczność zwykle domagała się mojego bisu Rossiniego na rogu naturalnym lub też Horn Signal Mozarta, który wykonywałem na kelp horn. Zachwycił mnie również Mediolan, gdzie grałem z fantastyczną orkiestrą kameralną Carme Ensemble. Pojechałem z nimi na tournée na południe Francji, a później do Paryża. Po naszym programie z Haydnem i Mozartem, gwoździem programu był trompe de France - rancuski róg myśliwski. Z Paryża pojechałem prosto do Stanów Zjednoczonych, gdzie w Ann Arbor grałem razem z Anne-Sophie Muter, a towarzyszyła nam Leipzig Gewandhausorchester pod Kurtem Masurem. Christoph von Dohnányi zaprosił mnie do Cleveland, a później do Carnegie Hall w Nowym Jorku a trzecim koncertem Mozarta.

Wieczór 9 stycznia 1993 roku nie zapowiadał się szczególnie wyjątkowo: grałem drugi koncert Straussa z Buffalo Philharmonic Orchestra, koncert poszedł dobrze i miałem dobre recenzje. Po występie zostałem zaproszony na kolację. Następnego dnia miałem lecieć z powrotem do Düsseldorfu. W nocy miałem wylew i nie byłem w stanie chodzić ani mówić. Byłem w naprawdę ciężkim stanie, coś tak strasznego nigdy wcześnie mnie nie spotkało. Minęły lata zanim byłem w stanie zagrać ponownie, a czas mojej walki bardzo się dłużył. Na szczęście są ludzie, którzy w nas wierzą. Thea Dispeker powiedziała do mnie: „Musisz ponownie wrócić na scenę!”. Pierwsze koncerty nie były znakomite, ale wszystko szło w dobrym kierunku. Od tamtego czasu miałem ponownie wiele występów we wspaniałych krajach – w sumie 27: Alaska, Buenos Aires i Rio de Janeiro, Japonia i Pekin, Paryż i Wiedeń. I ponownie grałem trudny, lecz jakże piękny koncert Gliere.

Kończąc chciałbym zacytować akapit z mojej biografii napisanej przez moją żonę Hellę:

„Fascynujące w artyzmie Baumanna nie jest jego zdumiewająca technika, ale jego wszechstronność: gra na waltorni w sposób, w jaki znakomity solista śpiewa i gra (aktorsko, przyp. MG). Prawdopodobnie tylko róg ma tak szeroką paletę barw dźwięku, kolorów, nastrojów i bogactwa charakterów: pełne mocy, niemal trąbkowe brzmienie, heroiczny patos, barwę głosu dramatycznego, idylliczną śpiewność, cienie i głębię melancholii, powagę i dosłowność Sarastra, ale również przebiegłość, cięty humor i ironię.”

Württembergisches Kammerorchester towarzyszyła mi podczas tournée po Afryce Południowej, kolejną podróż z Heilbronn Players odbyłem do Rosji – Moskwa, Sankt Petersburga i Ryga, gdzie graliśmy Haendla, Haydna i Mozarta. Wykonywaliśmy ten program prawie bez przerwy aż do podróży do USA. Na Mostly Mozart Festival w Nowym Jorku grałem trzeciego i czwartego Mozarta, a następnie Kwintet Mozarta (KV 407, przyp. MG) z Tokyo String Quartet. Filharmonicy Wiedeńscy zaangażowali mnie na Międzynarodowy Festiwal Wiedeński z pierwszym koncertem Straussa, natomiast Salzburg Festival chciał oba koncerty (Straussa, przyp. MG), jeden przed, a drugi po przerwie. Później pojawiła się Thea Dispeker, która z wielkim entuzjazmem zaczęła mnie reprezentować w USA i Kanadzie. Co trzy lata latałem do Japonii i grałem Mozarta, Webera i Straussa z różnymi orkiestrami oraz Konzertstück Schumanna na cztery rogi z NHK Symphony Orchestra (Tokyo, przyp. MG). Dalej była podróż do Izraela. Z Jerusalem Symphony Orchestra byłem „bohaterem wieczoru”. Razem z Chamber Orchestra pojechałem do Haify i Tel Awiwu, a z Camerata Vegh mieliśmy trasę od Salzburga do Paryża i po całej Francji. Vienna String Soloists oraz London Mozart Players towarzyszyli mi podczas torunée po Niemczech. Z orkiestrą Nordwestdeutsche Philharmonie z Herford zagrałem Concertino Webera 13 razy w 14 dni, a następnie pojechałem z Müncher Philharmoniker do Zurychu, Lucerny, Berna, Lozanny i Genewy.

Gdy wróciliśmy do Nowego Jorku, Thea Dispeker gorąco uściskała mnie i moją żonę na powitanie. Sale nie mogły się doczekać na mój koncert, ofert było mnóstwo. W większości były zamówienia na cztery koncerty Mozarta. Od 1964 roku grałem absolutnie wszystko z pamięci, a później były bisy: Rondo (Mozarta, przyp. MG), ale tym razem na 200-letnim rogu naturalnym wykonanym przez Antoine Courtois w Paryżu. Następnie La Grande Fanfare Rossiniego w mojej własnej wersji na róg naturalny (gdzie w kadencji jednocześnie grając i śpiewając utworzyłem trzy linie melodyczne). Żartowałem, że New York Times nie mylił się, gdy napisał po jednym z moich pierwszych występów w Nowym Jorku, że taki waltornista rodzi się raz w ciągu wieku i to tylko wtedy, gdy mamy szczęście.

Później była moja pierwsza podróż do Australii: Come, blow your horn, Hermann Baumann!. Tu w Australii czekano na mnie, mówiono, że jestem Niemcem, który gra na waltorni jak włoski baryton. Repertuar z którym przyjechałem to pierwszy koncert Haydna, Mozart, Weber i Strauss. Krytycy pisali „ABC powinno zaprosić tego waltornistę ponownie!”. Moje drugie tournée zawiodło mnie do Adelaidy, Brisbane, Melbourne i Sydney: została nawet wyczarterowana łódź parowa Missisipi, aby uczcić moje urodziny – wypełniona była waltornistami, kobietami i dziećmi.

Później pojechałem do starego miasta Dubrownika w Chorwacji, gdzie dałem koncert przy akompaniamencie organów. I kto wtedy był na widowni? Kurt Masur ze swoim młodym synem. W ciągu kilku tygodni byłem w drodze do Lipska, gdzie miałem nagrać Straussa i Webera z nim i Gewandhausorchester. Rok później nagraliśmy Gliere’a, Saint-Saënsa, Dukasa i Chabriera, a atmosfera nie mogła być wspanialsza. Gdy wróciłem do Stanów Zjednoczonych miałem w swojej walizce wspaniałe dzieło na wielką orkiestrę z puzonami, tubą i harfą. Zagrałem dwanaście koncertów z Glierem podczas jednej trasy koncertowej!

Sir Simon Rattle, dla którego grałem już wcześniej w Kopenhadze, zaprosił mnie na tournée po Anglii – z trzecim koncertem Mozarta i pierwszym Straussa. Później grałem Trio Brahmsa w Nowym Jorku z Pinchasem Zuckermanem, a następnie z jego St. Paul Chamber Orchestra odbyłem tournee i dokonałem nagrania dla czterech koncertów Mozarta dla wytwórni Philips. Później w Londynie z Academy of St. Martin in the Fields nagrałem wszystkie koncerty Haydna i Telemanna.

Było coraz więcej zamówień na recitale z fortepianem. W Stanach Zjednoczonych i Kanadzie moim pianistą był Samuel Sanders, który grał regularnie również z Rostropowiczem, a podczas europejskich koncertów towarzyszył mi Leonard Hokanson. Wykonywałem głównie dzieła Beethovena, Rossiniego, Straussa, Czernego i Kruffta. Jednak publiczność najbardziej urzekał późnoromantyczny Gliere z towarzyszeniem fortepianu.

Przywiozłem ze sobą do Niemiec Concerto Soloists of Philadelphia, nasze 15 koncertów zostało wyprzedanych. Kursy mistrzowskie w Bernie dla waltornistów z całego świata pokazały, czego ode mnie oczekują studenci: sprawić, aby waltornia błyszczała, stała się atrakcyjna jako solowy instrument i nadać jej na nowo znaczenie oraz urok instrumentu koncertowego. W Bernie oraz w Gstaad-Saanen na Menuhin Festival dałem pokaz mojego kunsztu w koncertach Mozarta i Othmara Schoecka. Yehudi Menuhin podczas jednej z rozmów spytał mnie, czy mógłbym zagrać trio Brahmsa na szwajcarskim rogu alpejskim. W Sydney również grałem na didgeridoo, a w Oslo występowałem z lurą (skandynawski muzyczny instrument dęty, zazwyczaj w kształcie litery S, o długości dochodzącej do 2 m, wykonany z brązu lub drewna, zazwyczaj bogato zdobiony, przyp MG). W Kopenhadze Duńska Królowa Matka Ingrid pokazała mi, odnaleziony na mokradłach, róg sprzed 3000 lat. Miałem styczność również z kelp horn (róg wykonany z brunatnic, przyp. MG) odnaleziony na wybrzeżu w Kapsztadzie, na którym grałem Horn Signal Mozarta, a publiczność prosiła mnie, abym wielokrotnie bisował!

W 2005 roku w Sankt Petersburgu po raz pierwszy spotkałem się z rosyjskimi rogami z XVII i XVIII wieku. Niesamowite było to, że na każdym z nich można było wydobyć tylko jeden dźwięk. Bez chwili wątpienia zaprosiłem Russian Horn Capella na koncerty do Niemiec. W październiku 2006 roku byłem solistą, dyrygentem i również konferansjerem dla mojej niemieckiej publiczności.

Często dyrygowałem we Włoszech. Koncerty zwykle rozpoczynaliśmy symfonią Haydna, następnie grałem koncert Haendla, Telemanna, Haydna lub Mozarta, a na zakończenie wykonywaliśmy przyjemną symfonię Mozarta. Po koncertach (solowych, przyp. MG) publiczność zwykle domagała się mojego bisu Rossiniego na rogu naturalnym lub też Horn Signal Mozarta, który wykonywałem na kelp horn. Zachwycił mnie również Mediolan, gdzie grałem z fantastyczną orkiestrą kameralną Carme Ensemble. Pojechałem z nimi na tournée na południe Francji, a później do Paryża. Po naszym programie z Haydnem i Mozartem, gwoździem programu był trompe de France - rancuski róg myśliwski. Z Paryża pojechałem prosto do Stanów Zjednoczonych, gdzie w Ann Arbor grałem razem z Anne-Sophie Muter, a towarzyszyła nam Leipzig Gewandhausorchester pod Kurtem Masurem. Christoph von Dohnányi zaprosił mnie do Cleveland, a później do Carnegie Hall w Nowym Jorku a trzecim koncertem Mozarta.

Wieczór 9 stycznia 1993 roku nie zapowiadał się szczególnie wyjątkowo: grałem drugi koncert Straussa z Buffalo Philharmonic Orchestra, koncert poszedł dobrze i miałem dobre recenzje. Po występie zostałem zaproszony na kolację. Następnego dnia miałem lecieć z powrotem do Düsseldorfu. W nocy miałem wylew i nie byłem w stanie chodzić ani mówić. Byłem w naprawdę ciężkim stanie, coś tak strasznego nigdy wcześnie mnie nie spotkało. Minęły lata zanim byłem w stanie zagrać ponownie, a czas mojej walki bardzo się dłużył. Na szczęście są ludzie, którzy w nas wierzą. Thea Dispeker powiedziała do mnie: „Musisz ponownie wrócić na scenę!”. Pierwsze koncerty nie były znakomite, ale wszystko szło w dobrym kierunku. Od tamtego czasu miałem ponownie wiele występów we wspaniałych krajach – w sumie 27: Alaska, Buenos Aires i Rio de Janeiro, Japonia i Pekin, Paryż i Wiedeń. I ponownie grałem trudny, lecz jakże piękny koncert Gliere.

Kończąc chciałbym zacytować akapit z mojej biografii napisanej przez moją żonę Hellę:

„Fascynujące w artyzmie Baumanna nie jest jego zdumiewająca technika, ale jego wszechstronność: gra na waltorni w sposób, w jaki znakomity solista śpiewa i gra (aktorsko, przyp. MG). Prawdopodobnie tylko róg ma tak szeroką paletę barw dźwięku, kolorów, nastrojów i bogactwa charakterów: pełne mocy, niemal trąbkowe brzmienie, heroiczny patos, barwę głosu dramatycznego, idylliczną śpiewność, cienie i głębię melancholii, powagę i dosłowność Sarastra, ale również przebiegłość, cięty humor i ironię.”


Blowing his horn: Hermann Baumann remembers

tłumaczenie z książeczki dołączonej
do Hermann Baumann Collection, 7 CD set
wydanej w 2011 roku przez wytwórnię Newton Classics

Tłumaczenie: Mateusz Goc

artykuł został nagrodzony w konkursie
z okazji 5. rocznicy serwisu waltornia.pl

Zobacz również:

  



Reklama