...czyli w dwa dni do Armstronga
Gdyby stworzyć listę najbardziej nieoczywistych waltornistów w historii polskiej popkultury, Jakub Wojewódzki zająłby na niej zapewne zaszczytne pierwsze, lecz zarazem ostatnie miejsce. Ten znany dziennikarz, publicysta i satyryk miał przez krótką chwilę w życiu epizod z królewskim instrumentem dętym. Krótki – ale jakże barwny.
Nie tak miało być
Zaczęło się całkiem poważnie. Młody Kuba chciał grać na perkusji. Rytm, energia, rock and roll – to był jego świat. Pierwszy zestaw perkusyjny dostał od mamy, a jego muzyczne początki krążyły raczej wokół Beatlesów niż Mozarta. Niestety – a może na szczęście – szkoła muzyczna nie podzieliła tej pasji i zamiast nauki gry na perkusji zaproponowała mu warunkowo miejsce w klasie waltorni.
Przyjął.
Ale tylko na chwilę.
Czy świat stracił wielkiego waltornistę?Waltornia go przerosła... lub rozdmuchała
Jak wspomina:
„Poszedłem tylko na dwie lekcje. Po drugiej wysłałem sfabrykowane zaświadczenie o zgonie Jakuba Władysława Wojewódzkiego, bo od dęcia miałem usta jak Armstrong.”
Louis Armstrong – ikona jazzu, mistrz trąbki, symbol wydętych policzków i ekspresyjnych min. Dla młodego Wojewódzkiego było to jednak zbyt wiele. Perspektywa kariery jako waltornisty szybko zweryfikowała jego entuzjazm i wyobrażenia o artystycznej drodze.
Wysłał więc – jak sam wspomina z rozbrajającą szczerością – spreparowany nekrolog do szkoły muzycznej. Był to prawdopodobnie pierwszy i ostatni przypadek, kiedy uczeń „zginął” z powodu niechęci do waltorni.
Wartość edukacyjna? Ogromna!
Choć Wojewódzki nie został instrumentalistą, w jego opowieści tkwi ważna lekcja.
- Po pierwsze – waltornia to nie jest łatwy partner. Nawet najbardziej medialny showman może się od niej odbić.
- Po drugie – jeśli już przy niej zostaniesz, to zasługujesz na najwyższy szacunek.
- Po trzecie – każda przygoda muzyczna, choćby najkrótsza, zostawia ślad w nawet najbarwniejszym życiorysie.
W przypadku Kuby – ślad ten ma kształt Armstronga i zapach starego tuszu drukarskiego na spreparowanym nekrologu.
Czy świat stracił wielkiego waltornistę?
Trudno powiedzieć. Ale jedno jest pewne – Jakub Wojewódzki nie przegapił szansy, by nawet swoją muzyczną porażkę przekuć w legendarną anegdotę.
A my, jako wielbiciele waltorni, możemy uznać go za swojego – choćby symbolicznie. W końcu przez te dwa dni był jednym z nas.
I jeśli kiedykolwiek usłyszycie, jak ktoś narzeka, że waltornia to trudny instrument – wspomnijcie Wojewódzkiego. On nie tylko się z nią zmierzył, ale też przyznał się do porażki z humorem i dystansem do samego siebie. I z Armstrongiem na ustach.

