Szabolcs Zempléni to waltornista urodzony na Węgrzech w roku 1982. Przebieg jego kariery można prześledzić dokładnie na stronie internetowej: www.zempleni.com. Ja pozwolę sobie wymienić tylko te fakty, których nawet w tak krótkiej relacji nie może zabraknąć. W roku 2000 wygrał Markneukirchen, w 2001 Brno a w 2005 otrzymał pierwsza nagrodę na ARD w Monachium. Obecnie jest solistą Bamberger Symphoniker.

Na koncercie w Poznaniu Szabolcs zagrał czwarty koncert W.A. Mozarta (KV 495) z towarzyszeniem Orkiestry Filharmonii Poznańskiej pod batutą Michaela Sanderlinga dyrygenta-wiolonczelisty o bogatym dorobku artystycznym (Sanderling nagradzany był na takich konkursach jak ARD czy na konkursie Bachowskim w Lipsku; był solistą w takich orkiestrach jak Gewandhausorchester Leipzig oraz Rundfunk-Sinfonieorchester Berlin).

Wszyscy wiemy, że takich konkursów jak ARD nie wygrywa się przez przypadek, a poziom jaki reprezentował Zempleni nie pozostawiał złudzeń jego konkurentom. Śmiało można powiedzieć, że jest obecnie w czołówce światowej waltornistyki. Wygrał "co się dało", studiował u najlepszych a poza tym jest solistą w Bamberger wraz z Samuelem Saidenbergiem (laureatem konkursu w Genewie z roku 2004).

Nie rozczarował się ten, kto drugiego grudnia postanowił spędzić popołudnie w Filharmonii Poznańskiej, bo koncert był fenomenalny. Szabolcs grał w sposób pełen elegancji, błyskotliwy, ale tez bez próżnej wirtuozerii. Dysponował ujmującym i pięknym dźwiękiem. Zaprezentował przynajmniej kilka barw i pokazał niesamowitą rozpiętość dynamiki, przy czym w skrajnych odcinkach skali dźwięk pozostawał ciepły i szlachetny. Bezbłędna intonacja i odczuwalne nawet dla laika opanowanie instrumentu sprawiało, ze Mozart był przejrzysty i bezpretensjonalny, czyli krótko: stylowy! Zempleni nie posiada superwypasionego i kosztującego miliony dolarów ręcznie robionego instrumentu. Gra na standardowym Alexandrze model 103 bez lakieru (w niemieckich orkiestrach jak wiemy nie gra się na innych instrumentach). Piszę o tym, ponieważ wiele ludzi zmienia codziennie ustniki, tłumiki i czary a często także i instrumenty a to chyba nie jest najlepsza droga i przykład Szabolcsa to potwierdza.

Określenie, którego nie powinno zabraknąć w takim sprawozdaniu to "bez kiksu". Ale takie określenie mało ma wspólnego ze światem muzyki. Ostatnio, gdy barman zapytał Bonda czy zamówione przez niego Martini ma być wstrząśnięte czy zmieszane on odpowiedział: "mam to gdzieś" i taką odpowiedź otrzymają ci, którzy mnie zapytają czy Zempleni skiksował.

W rozmowie z Szabolcsem odniosłem wrażenie, ze jest to skromny i wyluzowany człowiek. Cierpliwie rozdawał autografy i pozował do zdjęć. Szkoda jedynie, ze tak mało było waltornistów wśród słuchaczy. W końcu nie często mamy okazje słuchać tak wybitnych artystów.