W czerwcu 1945 roku, w poznańskiej rozgłośni Polskiego Radia Paulina Czernicka wygłosiła pogadankę. Stwierdziła, że zna miejsce przechowywania wielu nigdy nie publikowanych listów Fryderyka Chopina do Delfiny z Komarów hr. Potockiej, która była obiektem jego... hm... adoracji.

Sekret szuflady poznańskiego kompozytora
rys. Małgorzata Tabaka
rys. Małgorzata Tabaka
Paulina Czernicka - która przedstawiała się jako krewna rodu Komarów - przekazała wkrótce Jarosławowi Iwaszkiewiczowi, ówczesnemu redaktorowi "Życia Literackiego", szereg "wypisów" sporządzonych przez siebie - jak twierdziła - z oryginałów listów Chopina. Uwierzono jej bez zastrzeżeń. Na łamach „Życia Literackiego" ukazały się już w lipcu 1945 roku pierwsze dostarczone przez nią "wypisy", opatrzone uczonym komentarzem przez autora Lata w Nohant.

Z czasem Czernicka przedstawiała coraz to nowe "wypisy" nawet opublikowała fotokopię listu, który uznano za autograf Chopina - gdyż charakter pisma nie wzbudzał podejrzeń znawców korespondencji kompozytora. Nigdy jednak nie okazała oryginałów listów, opowiadając o różnych trudnościach związanych z wydobyciem ich z miejsca, gdzie po wybuchu wojny rzekomo je ukryto. Gdy liczba "wypisów" ujawnionych przez Czernicką zaczęła się niepokojąco mnożyć, a ich treści coraz bardziej przyprawiały o zawrót głowy - zwłaszcza rzeczników "pomnikowego" traktowania postaci Chopina - coraz natarczywiej domagano się przedstawienia oryginałów listów. Paulina Czernicka stwierdziła, że oryginały zaginęły, że wywieziono je za granicę itd. W dniu 2 września 1949 roku Paulina Czernicka popełniła samobójstwo w Jeleniej Górze. Świat podzielił się na dwa obozy; tych, którzy zaciekle kwestionowali autentyczność "wypisów" z korespondencji Chopina opublikowanych przez Czernicką i tych, którzy nie utracili nadziei, że oryginały listów kompozytora do Delfiny kiedyś zostaną odnalezione. Przecież już w 1907 roku biograf Chopina - Ferdynand Hoesick - poszukiwał śladów korespondencji kompozytora z Potocką w przekonaniu, że jakieś listy Chopina do Delfiny istnieją! A ze wzmianek w innych listach Chopina było wiadomo, że poznał on Delfinę już w listopadzie 1831 roku (na obiedzie, w którym uczestniczył wraz z najmłodszym bratem księcia Antoniego Radziwiłła - przebywającym wówczas w Paryżu  Walentym).

Trzeba tutaj stwierdzić, że kontrowersje wzbudzała zwłaszcza treść "wypisów" Czernickiej. W ich świetle Chopin prezentował się jako namiętny kochanek Delfiny, wykazujący również wielką inwencję w określaniu erotycznych realiów nazwami zaczerpniętymi z terminologii muzycznej.

Z czasem emocje wokół listów Chopina do Delfiny Potockiej zaczęły wygasać. I pewnie zapomniano by o tajemniczej aferze wywołanej przez Paulinę Czernicką, gdyby nie intrygujące wydarzenie, które miało miejsce w Poznaniu w styczniu 1963 roku.

Kilka dni po śmierci Tadeusza Szeligowskiego - kompozytora, twórcy oper, profesora wyższych uczelni muzycznych - w jego poznańskim mieszkaniu wdowa po kompozytorze porządkowała pozostawione przez niego papiery. W szufladzie biurka nieoczekiwanie znalazła fotokopie jakichś rękopisów, których przedtem nigdy nie widziała, gdyż mąż starannie je ukrywał. Okazało się, że są to fotokopie sześciu listów, których pismo wykazywało niezwykłe podobieństwo do charakteru pisma Chopina, a w dodatku... ich treść już kilkanaście lat wcześniej opublikowała Paulina Czernicka! Była wśród nich także fotokopia listu zawierającego rozmowę Fryderyka z waltornistą na temat trudności, jakie sprawia wykonanie solowej frazy z finału Koncertu f-moll; dokładnie w tej wersji (omówiłem ją w poprzednim artykule), w jakiej opublikowała ją przed swym samobójstwem Czernicka:

"Waltornista mocno użalał się na kiepską frazę solową w finale koncertu f-moll - żadne próby - powiada - nic nie pomogą, bo dmuchając raz po raz kilka razy czysto, a na koncercie raz dmuchnie i na pewno fałsz. Bardzo ekskuzując się grzecznie mnie detaliowo o waltorni tłumaczył - ale pod wszystkim był zarzut niewygadany, że instrumentować nie umiem - na to ja ze śmiechem, że wiem, że jestem w orkiestrze dureń, ale ta fraza - to nie omyłka i może być fałszywa, bo to pianie koguta przed świtem."

Skąd Tadeusz Szeligowski otrzymał owych sześć fotokopii? Podobno latem 1947 roku bawiąc w Sobieszowie pod Jelenią Górą spotkał się z Czernicką, która prosiła go o... przemycenie listów Chopina do Francji. Czy poznański kompozytor dostał od niej tylko fotokopie odnalezione po jego śmierci w szufladzie, czy sam je sporządził z oryginałów listów przekazanych przez Czernicką - tego do dziś nie wyjaśniono.

Nie sposób tutaj przedstawić interesujących badań podejmowanych w celu ustalenia autentyczności listów Chopina. Kwestię tę szczegółowo przedstawiła Maria Gordon-Smith w swej książce dowodząc, iż przedstawione na fotokopiach pismo to bez wątpienia pismo Chopina; eksperci z MO uznali fotokopie za fałszerstwo; a wybitny grafolog amerykański Ordway Hilton stwierdził, że niektóre z tych listów napisał Chopin - inne zaś zostały zręcznie podrobione. Najsurowszy werdykt Hiltona dotyczył interesującego nas listu:

"List 6 to fragment dotyczący partii waltorni w Koncercie f-moll Chopina (...) na dostępnej mi fotokopii widać pewną ilość spreparowanych wyrazów. Można na niej dostrzec kontury starannie wyciętych słów i zestawów liter. Zostały one naklejone, a potem zrobiono ich fotokopie (...) List 6 jest dokumentem zmontowanym (...) Jasne jest że tego listu nie napisał Chopin."

Należy wszakże pamiętać, że amerykański grafolog badał jedynie liche fotokopie, a nie materialne ślady atramentu pozostawione przez pióro na podłożu (papierze). Trudno więc wykluczyć, że jeśli znalazłyby się oryginały listów, to ekspertyza może być inna. I może jeszcze się okazać, że solowa fraza waltorni w finale Koncertu f-moll, to niestety nie echo antonińskiego polowania - jak tego pragnął Kazimierz Pussak - lecz "pianie koguta przed świtem". Moglibyśmy wówczas pocieszyć się jedynie tym, że kogut - być może - pochodził z Antonina, a nie z Krakowskiego Przedmieścia w Warszawie, gdzie mieszkał Fryderyk Chopin.

* * *

Zastanawiałem się, jakie powody mógłby mieć Chopin, by przedstawić w liście do Delfiny Potockiej anegdotyczną opowieść o kłopotach waltornisty. Doszedłem do wniosku, że był taki powód!

Otóż jeszcze w toku komponowania Koncertu f-moll (w 1829 roku) w kręgu osób Chopinowi najbliższych wiedziano, że ten utwór zostanie dedykowany Konstancji Gładkowskiej, kształcącej się w Warszawie młodej śpiewaczce. Konstancja była niespełnioną miłością Fryderyka a także jego muzą i natchnieniem, gdy komponował AdagioRondo Koncertu f-moll. Koncert ten czekał wszakże kilka lat na oddanie do druku, o jego losy niespokojnie dopytywał się (w liście z 11 kwietnia 1835 roku, adresowanym do Fryderyka w Paryżu) ojciec kompozytora Mikołaj Chopin; "czy każesz drukować pierwszy (Koncert), myślę, że ten z pewnością będzie się podobał; pierwotna dedykacja, zdaje mi się, z powodu intryg i nie doszła do skutku, dla kogo zatem rezerwujesz?"

O szczegółach wspomnianej „intrygi" nic nie wiadomo, ale Chopin rzeczywiście zrezygnował z "pierwotnej dedykacji" dla Konstancji. Wydany w 1836 roku Koncert f-moll (op. 21) zdobi dedykacja dla Delfiny Potockiej! Adresatkę dedykacji, nb. pianistkę, anegdotyczna opowieść o waltorniście mogła zainteresować - wszakże dotyczyła ofiarowanego jej Koncertu ! A ponadto - taka rozmowa z waltornistą mogła się Chopinowi rzeczywiście przytrafić. Potwierdzą to dzisiejsi waltorniści zapytani - co sądzą o sześciu nutach, które dla nich Chopin w partyturze Koncertu f-moll napisał.

Henryk F. Nowaczyk

artykuł ukazał się
w czasopiśmie Ziemia Kaliska



Podziel się tą informacją, jeśli uważasz że jest ciekawa




Polecamy także:






Translator

Reklama