Jest to historia odzyskania pewności siebie, zagubionej w jakimś momencie życia waltornistki, która przemierzyła drogę od destrukcyjnego bólu począwszy, poprzez zgłębianie indywidualnych przypadków załamania wśród waltornistów, analizy różnorodnych terapii, aż po odzyskanie radości gry. Gry zdrowej, o pełnym brzmieniu, wypływającej z serca.

Wprowadzenie

Irena Marie RiebandPo raz pierwszy usłyszałam dźwięk waltorni w kościele. Miałam wtedy 5 lat i zostałam nim oczarowana. Jako dziewięciolatka sama rozpoczęłam grę na tym instrumencie. Od 14 roku życia pobierałam lekcje u Dereka Taylora w Królewskiej Akademii Muzycznej, dwa lata później otrzymałam stypendium na naukę w The Purcell School, studiowałam na Uniwersytecie Londyńskim u Juliana Bakera i korzystałam z rocznej prywatnej nauki u Fergusa Mc Williama w Berlinie. W tamtym czasie nie przejmowałam się względami technicznymi gry na waltorni. Kwestie instrumentu, ustnika czy też zadęcia nie dotyczyły mnie. Umiałam zagrać wszystko i mogłam zawsze polegać na dźwięku, który wydobywałam z instrumentu.

Tak było do momentu, gdy w wieku 23 lat, podczas prób do trzeciej symfonii Schumanna, wykonując partię pierwszej waltorni, mniej więcej w czasie, kiedy zaczęłam myśleć również o przesłuchaniach konkursowych, po raz pierwszy doznałam nagłego bólu kości ogonowej. Starałam się kontynuować życie w nadziei, że ból minie, jednakże wkrótce nie byłam już w stanie siedzieć, czyli grać w orkiestrze. Początkowo szukałam pomocy w medycynie konwencjonalnej, ale stwierdzono, że mój kręgosłup jest w doskonałym stanie i wszelkie wizyty u ortopedów, radiologów, ginekologów i specjalistów od osteoporozy okazały się bezowocne, czy nawet upokarzające. Nic nie pomagało. Zaczęłam się nawet obawiać, że nie będę w stanie już nigdy wziąć waltorni do ręki.

Siedem lat później, kiedy znowu zaczęłam grać po przedłużonej terapii i pracy na stanowisku wykładowcy uniwersyteckiego, po okresie zatrudnienia w marketingu i w zarządzaniu orkiestrą byłam skonsternowana tym, że stanęłam w obliczu trudnych obecnie kwestii technicznych, o których wcześniej nie wiedziałam. Całe moje ciało odczuwało liczne, różnego rodzaju napięcia. Nie byłam w stanie odnaleźć dawnego sposobu oddychania, ani też uzyskać tak starannie wydobywanego dawniej dźwięku. Wypróbowywałam jedną technikę po drugiej, ale za każdym razem trafiałam na barierę, reagując emocjonalnie na rady nauczycieli i przeżywając ostrą tremę, czego nigdy wcześniej nie doznawałam. Stanowiło to dla mnie dylemat, ponieważ szukałam pomocy na zewnątrz, a moje wnętrze nie było w stanie kierować się żadnymi z rad, których mi udzielano. Przede wszystkim, nie mogłam zrozumieć, dlaczego gra na waltorni stała się nagle tak trudna, kiedy wiedziałam z wcześniejszego doświadczenia, że w rzeczy samej jest to łatwe. Krótko mówiąc, straciłam całą wiarę w siebie. Zaczęłam przyglądać się wszystkiemu z większej perspektywy, co z pewnością pomogło. Waltorniści i nauczyciele gry na waltorni mają swoją własną technikę, swój własny sposób oddychania, swoje własne zadęcie, nawet swój własny sposób trzymania instrumentu. Zaczęłam sobie uświadamiać, że chociaż wielu muzyków wydaje się po prostu stać na scenie i wykonywać swoją pracę bez żadnych zahamowań, każdy ma swój własny osobisty próg wytrzymałości.  Niektórzy muzycy nie doświadczają niepowodzenia, inni natomiast w jakimś momencie napotykają na swoiste problemy związane bądź to z niepokojem wewnętrznym, napięciem mięśni, czy też z tremą, co czasami doprowadzić może nawet do kryzysu i całkowitego załamania.

I właśnie my musimy sobie jakoś sami radzić. Uważam, że jest to sednem całego problemu. Zaczęłam eksperymentować z różnymi technikami, ćwiczeniami oddechowymi, fizycznymi, ćwiczeniami umysłu, rozgrzewkami oraz urządzeniami pomocniczymi. Wszystko to w pewnym stopniu pomagało. Ale dopiero, gdy w pełni zrozumiałam znaczenie swojego własnego doświadczenia w odnalezieniu tego, co jest dla mnie właściwe, problemy techniczne, z którymi się dotąd zmagałam, nagle zaczęły znikać. Jestem zadowolona, że gram w zawodowej orkiestrze na pierwszej waltorni, potrafię znowu cieszyć się swoją grą i najważniejsze - potrafię docenić wartość, jaką jest życie.

Badania naukowe

Moim zdaniem największym problemem, na który natykają się waltorniści w poszukiwaniu rozwiązań umożliwiających poradzenie sobie z brakiem pewności siebie czy kryzysem dotyczącym aspektów technicznych gry na instrumencie, jest to, że nie wiedzą gdzie szukać pomocy. Statystyki pokazują, ze wielu muzyków, czy to profesjonalnych, amatorów czy studentów doświadcza w zróżnicowanym stopniu dolegliwości zdrowotnych wpływających fizycznie i emocjonalnie na ich występy publiczne w czasie kariery muzycznej. Ogólne informacje dotyczące warunków psychofizycznych niezbędnych do koncertowania lub dobrego samopoczucia muzyków były mało znane do końca dwudziestego wieku. Eksperci przyznają, że badania w tej dziedzinie są nieomal w zarodku. Jeśli chodzi o waltornistów, to takie badania przedmiotowe praktycznie nie istnieją. Niektóre instytucje muzyczne zajęły się tym powszechnym zagadnieniem poważnie, jednak sami muzycy przyznają, że nie byli przygotowywani w trakcie studiów na takie problemy psychofizyczne w karierze muzycznej. Mimo wszystko rezultaty badań przeprowadzone do tej pory, jak również osobiste historie przypadków przytoczone w artykule wydają się być wartościowym źródłem informacji, a jednocześnie dobrym początkiem rozpoczęcia podróży ku zdrowiu i odzyskaniu pewności siebie.

Studium przypadku


Julian Baker
Julian Baker jest profesorem Royal College of Music, a poprzednio był pierwszym waltornistą Royal Opera Covent Garden i Hallé Orchestra. Przyznaje on, że miał problemy z występami publicznymi od najwcześniejszych lat. Dorastał w rodzinie o tradycjach muzycznych i sądzi, że naciski i wymagania otoczenia, aby osiągnął perfekcję wykonania było poważną przyczyną jego lęków i niepokoju. W wieku 21 lat zadebiutował na koncercie z profesjonalną orkiestrą. Cztery czy pięć minut przed wyjściem na scenę wymiotował, a to raczej nie ma związku z Mozartem. Uczucia mdłości towarzyszyły mu stale przed każdym występem, aż do chwili, gdy bez pomocy medycznej, jego wiara w zdolność do uporania się z tym problemem doprowadziła go do redukcji fizycznych oznak niepokoju. Podczas, gdy wcześniej zawsze wątpił w szczerość pochwał i zachęty ze strony innych osób, powoli nauczył się wierzyć w ich zbawienną przydatność do osiągania lepszych efektów podczas każdego kolejnego występu. Nauczył się także z powodzeniem ukrywać swój „problem" i przezwyciężać niepokój przed występem, używając różnych technik. Przed występem praktykuje zawsze wolne, głębokie oddychanie i jest zawsze świadomy swoich wyuczonych umiejętności oddechowych, kiedy gra. Zaczął używać beta-blokery, aby ograniczyć fizyczne oznaki strachu przed wyjściem na scenę. Przed koncertami Baker zawsze spędza kilka chwil w odosobnieniu, żeby nastawić się psychicznie i przekonać samego siebie, że może podołać zbliżającemu się zadaniu. Jest to proces, który może trwać krótki czas, ale czasami nawet godzinę. Zawsze aktywnie planuje swój czas na relaks, często z książką, żeby odwrócić myśli od występu. Nawyk wchodzenia na scenę w ostatniej minucie pozostał mu do końca całej kariery koncertowej. Przyczynę tego nawyku zachował w tajemnicy, prowokując negatywne reakcje kolegów i niektórych dyrygentów. Baker nie mówi dużo o lęku/tremie podczas lekcji, aby nie zwracać na to szczególnej uwagi i nie powodować zbędnego stresu. Uważa, że niepokój związany z występem publicznym może być zjawiskiem samonapędzającym się. Utrzymuje, że o wiele lepiej nauczać w taki sposób, jakby problem ten nigdy nie istniał. Stara się pomóc studentom zrozumieć, że człowiek ma prawo popełniać błędy. Wreszcie, nienawidzi wyrażenia: „Jesteś na tyle dobry, na ile dobry był twój ostatni koncert". „A co z wszystkimi innymi koncertami w przeciągu wszystkich lat, które były bardzo udane?", argumentuje. Odrzucenie obowiązku osiągania stałej perfekcji to wniosek, do którego sam doszedł pod koniec swojej kariery muzycznej. Twierdzi on, że patrząc z perspektywy rozwinęła się u niego łagodna forma dystonii ogniskowej z powodu przeciążenia mięśni ust i braku wystarczającego wypoczynku. Dystonia ogniskowa objawia się u niego w postaci niekontrolowanego drżenia i stałego zmęczenia wargi, występującego nawet rano, po jednym lub kilku dniach przerwy. Zachęca każdą osobę, która potrzebuje pomocy, aby skorzystała z pomocy fachowców należycie przeszkolonych zawodowo, a najważniejszym jego zaleceniem jest urlop, z którego waltorniści powinni od czasu do czasu skorzystać. Zawsze doradza ćwiczenie i pamiętanie o fundamentach gry na waltorni, którymi są styl, dźwięk i wytrwałość. Nigdy nie należy ćwiczyć zbyt długo lub nieprawidłowo. Należy znaleźć inne zainteresowania w życiu, które stanowiłyby źródło radości i przyjemności.

Katie Pryce
Katie Pryce jest absolwentką Królewskiej Akademii Muzycznej. Była pierwszą waltornistką KwaZuluNatal Philharmonic Orchestra w Durbanie, w Afryce Południowej, a obecnie jest solistką w Londynie. W młodości Katie Pryce nie miała żadnych problemów z poczuciem wiary w siebie, czy też z tremą związaną z występami publicznym. Gdy jednak rozpoczęła naukę w Królewskiej Akademii w Londynie okazało się, ze jej nazwisko było już znane, co zdziwiło ją i stało się źródłem poważnego stresu. W wieku 17 lat poczuła nagle, że musi spełniać oczekiwania innych. Cierpiała z powodu takich objawów jak drżenie, gwałtowne bicie serca, pocenie się i pragnęła za wszelka cenę zagrać utwór do końca. Po raz pierwszy w życiu nie odczuwała radości z grania na instrumencie. Doświadczała coraz mniejszej motywacji i w związku z tym coraz mniej ćwiczyła, co powodowało z kolei, że grała coraz gorzej. Podejrzewając u siebie depresję zgłosiła się do lekarza, gdyż nie była w stanie zrozumieć, co się z nią dzieje. Lekarz zdiagnozował przypadek tremy przed występami i przepisał beta-blokery. Jednak Katie Pryce nie była psychicznie przygotowana na branie leków. „Zaczęłam wykonywać mnóstwo ćwiczeń oddechowych i rozmawiać z ludźmi. Chodziło o prawidłowe oddychanie i poukładanie sobie wszystkiego od nowa." Na trzecim roku studiów zaczęła odzyskiwać wiarę w siebie. Obecnie, przed koncertami, zazwyczaj skupia się na utrzymaniu kawałka papieru na ścianie przy pomocy wydmuchiwanego powietrza.. Uważa, że dobrze jest w jakiś sposób skoncentrować uwagę. Jej zdaniem „wbijamy sobie do głowy, że świat skończy się, jeżeli zrobimy coś źle, co nie jest prawdą". Wykonuje też ćwiczenia wg Techniki Alexandra. Kilka lat temu zaczęła uprawiać gimnastykę i zwraca uwagę na właściwe odżywianie. Twierdzi, że „bardzo ważną sprawą jest utrzymanie dobrej sprawności fizycznej. Ocenia teraz niepokój związany z występami na scenie, jako „bardzo egoistyczne zachowanie".

Michael Purton
Michael Purton był pierwszym waltornistą w Hallé Orchestra. W 1999 roku stwierdzono, że Purton cierpi na bardzo niezwykły przypadek dystonii ogniskowej. Analizując swoją karierę pierwszego waltornisty, widzi siebie, jako „osobę wrażliwą", przed którą stanął problem opanowania nerwów. W pewnym momencie zaawansowanej kariery, zaczął cierpieć z powodu zakłóceń równowagi. Głowa zaczynała mu lecieć do tyłu i problem stopniowo pogarszał się do stanu, gdy nie mógł utrzymać ustnika we właściwej pozycji. Udał się do najlepszego w owym czasie specjalisty w Londynie, który stwierdził, że przyczyna tego stanu jest nieznana, i że być może zaburzenie to samo ustąpi. Próbując poradzić sobie z problemem, Purton wypróbował całą gamę środków terapeutycznych i terapeutów, włącznie z zastosowaniem homeopatii, hipnozy i Techniki Alexandra. Nie udało mu się jednak znaleźć skutecznie działającego lekarstwa, zdecydował się, więc na zmianę pracy. Patrząc wstecz, łączy owe dolegliwości z problemem utrzymania równowagi, który w owym czasie został jeszcze uwypuklony dodatkowymi czynnikami takimi, jak stres związany z wykonywaną pracą i żałoba. Przyznaje także, że nie zawsze dbał o siebie. Podkreśla niezbędny dla każdego waltornisty „zdrowy styl życia", tzn. konieczność wysypiania się, utrzymywania sprawności fizycznej, prawidłowego odżywiania, a także opanowania sztuki radzenia sobie z atmosferą związaną z wykonywanym zawodem, taką jak stres, mobbing i napięcie, jak również „konieczność pozbycia się męczących problemów technicznych". Według Purtona należy myśleć w ten sposób: „nie ma znaczenia, jeżeli coś schrzanię - są inne rzeczy, które mogę robić w życiu". Ma on filozoficzne podejście i uważa, że czasami nasza wewnętrzna świadomość mówi nam, co jest dla nas właściwe. W jego przypadku, świadomość podpowiedziała, że musi zacząć coś nowego. Dzisiaj jest Dyrektorem The Bromley Youth Music Trust i absolutnie tego nie żałuje. Żartuje, że są dwie rzeczy, które dały mu szczęście w życiu. Pierwsza to ta, że przez trzynaście lat był pierwszym waltornistą w Hallé Orchestra, a druga, że już nim nie jest!

Georg Schreckenberger
Georg     Schreckenberger     jest     drugim     waltornistą     w    Berlińskiej     Orkiestrze Filharmonicznej. Zaczął grę na waltorni w wieku 14 lat. W Bayreuth, gdzie jego ojciec był pierwszym puzonistą spotkał Gerda Seiferta. Zdobył stypendium na studia w konserwatorium muzycznym w Mannheim, a wkrótce zaczął studiować z Marie-Luise Neuneker we Frankfurcie. Chciał kontynuować studia, ale zachęcony przez ojca, wziął udział w przesłuchaniu, które wygrał i w ten sposób, mając 18 lat, rozpoczął profesjonalną karierę w Kolonii w Radiowej Orkiestrze Symfonicznej i zrezygnował ze swoich młodzieńczych marzeń o kontynuowaniu studiów. Sześć lat później objął funkcję drugiego waltornisty Filharmonii Berlińskiej. Wszystko toczyło się gładko, aż do 2001r., kiedy to wyrósł mu ząb mądrości. „Kiedy powróciłem do gry, odczuwałem lekkie podrażnienie po lewej stronie dolnej wargi i w obrębie podbródka, ale myślałem, że to minie. Nie grałem przecież przez kilka dni bez przerwy. Nic się jednak nie zmieniało. Zaczęły się problemy w środkowym rejestrze i wkrótce pojawił się dręczący niepokój". W 2002 roku lekarze zdiagnozowali u niego łagodny przypadek dystonii i przez trzy miesiące był na zwolnieniu lekarskim. Przepisano mu tabletki uspokajające, po których poczuł się wystarczająco dobrze, by jesienią powrócić do pracy. Stopniowo jednak granie stawało się znowu o wiele trudniejsze i latem następnego roku nie był już w stanie wydać dźwięku ze swego instrumentu. „Czułem się tak, jak gdyby mój język był przywiązany, moje wargi zaciśnięte od wewnątrz, co nie pozwalało mi na przepuszczenie powietrza. Dopiero, kiedy zacząłem koncentrować się na przepływie powietrza, sytuacja zaczęła się poprawiać". Schreckenberger zwrócił się o pomoc do nauczyciela, eksperymentował z różnymi metodami takimi, jak „techniki Chicago" (Song and Wind) i Technika Alexandra. Terapia okazała się skuteczna. Radzi on w jaki sposób postępować w takiej sytuacji. Otóż wg niego najważniejszą sprawą jest zredukowanie własnych oczekiwań i radość z małych sukcesów. Ponieważ pierwszą sprawą, która ulega zakłóceniu jest pewność siebie dotycząca tego, czego się nauczyłeś i tego, co robiłeś przez lata odnosząc sukcesy. Tak więc kiedy jesteś w martwym punkcie, gdzie nic już nie działa i chcesz wycofać się ze sceny, musisz dokonać całkowitej zmiany swojego myślenia.".

Oto, co jego zdaniem należy zrobić:
  1. Nie myśl o dawnych czasach i o tym, co byłeś w stanie zagrać - te czasy minęły.
  2. Nie myśl o czasach, kiedy nagle traciłeś umiejętność grania czegokolwiek.
  3. Nigdy nie porównuj się do innych, lub do siebie samego z dawnych czasów - to nie ma sensu.
  4. Nie myśl, że musisz pokonać długą drogę, aby ponownie stać się takim samym jakkiedyś, ponieważ nigdy nie będziesz już tą samą osobą.
  5. Akceptuj wszelką pomoc, niezależnie jak jest mała.
  6. Nie złość się na siebie, ani nie zadawaj pytań w rodzaju, „dlaczego ja?" lub „gdybym tylko mógł...". Te pytania to strata czasu."
Dodatkowo można próbować radzić sobie samemu w następujący sposób:
  1. Chwal się! Nawet, jeśli robisz zaledwie drobne postępy. Być może tylko jeden dźwięk zabrzmiał dzisiaj ładnie.
  2. Pozwól lękowi, żeby ci towarzyszył, czy to przed przyszłością czy przed tym, co może powiedzieć dyrygent, lub przed reakcjami kolegów.
  3. Bądź otwarty. Rozmawiaj z ludźmi i nie chowaj się, nie zamykaj się w sobie..
  4. Znajdź miejsce do ćwiczeń, kiedy zostaniesz sam. Przynajmniej tam nie musisz czuć się obserwowany.
Schreckenberger wrócił do poprzedniej pracy w sezonie 2004/2005, ale twierdzi, że nawet, jeżeli inni tego nie zauważają, jego gra na waltorni „nie jest taka jak kiedyś". Ponadto jest przekonany, że problemy z wargą odzwierciedlały inne poważniejsze kwestie. Georg Schreckenberger jest zapalonym biegaczem i uwielbia jazdę na rowerze. Sport to istotna część jego codziennego życia, jak również filozofia, zgodnie, z którą „musisz uwolnić się absolutnie od wszystkiego".

Helmut Sprenger
Helmut Sprenger był przez cztery lata pierwszym waltornistą Philharmonisches Orchester Gießen In Hessen w Niemczech, a potem przez 16 lat grał w Orkiestrze Filharmonicznej Bremen. Dokładnie pamięta kolejność zdarzeń, kiedy wszystko zaczęło się psuć. Początek dało nieudane wejście solo fortissimo w dużym utworze z ośmioma waltorniami, co zasiało pierwsze ziarno niepokoju w jego umyśle. Następnie zdarzył się atak drżenia wargi podczas wykonywania partii drugiej waltorni w Symfonii Nr 8 Brucknera. Zaczął zastanawiać się, co się dzieje.. Kontynuował w nadziei, że problem sam się rozwiąże. Wkrótce potem zaczął odczuwać narastający ból w plecach, kulminacją którego było wypadnięcie dysku i operacja kręgosłupa. Mówi: „To rozpadł się mój kręgosłup pewności siebie. To wspaniałe uczucie, że 'świat jest moją ostrygą' minęło. Zbyt dużo czasu poświęcałem na samoobserwację". Sprenger przypomina sobie pierwszy koncert po powrocie do pracy po operacji. Grał partię trzeciej waltorni w przedstawieniu „Zemsty Nietoperza". Według niego „kompletna klęska". Do tego doszedł strach przed ewentualnym bezrobociem. Jego warga była bez czucia i „twarda jak skała". Musiał ponownie pójść na zwolnienie lekarskie. Z pomocą nauczycieli, w tym Marie-Luise Neunecker i Christopha Kohlera w Lubece oraz metody Farkasa, odzyskał zdrowie na tyle, aby wrócić do pracy, co jego zdaniem nastąpiło zbyt wcześnie. Niestety, na tym etapie zbyt wiele rozmyślał i w jego głowie rozgrywał się pewnego rodzaju „pojedynek". Warga zawiodła go ponownie i powtórnie nie mógł wydobyć z instrumentu żadnego dźwięku. Zwrócił się o pomoc, tym razem do profesora trąbki Klausa Schuhwerka w Aschaffenburg w Bawarii. Wykorzystując metody niekonwencjonalne takie, jak leżenie na plecach i granie długich dźwięków, powoli znowu mógł wrócić do grania na instrumencie. Jego zdaniem, kluczem do wyleczenia było przeprogramowanie własnego umysłu i sposobu myślenia. Twierdzi, że wszystko znajduje swoje źródło w umyśle i dotyczy „ego". Człowiek sam jest jedyną osobą, która odgradza siebie od swoich marzeń. Jeżeli zaczyna się coś psuć, nie należy czekać, aż problemy się zaostrzą, ale natychmiast szukać pomocy. Podkreśla dwie rzeczy. Po pierwsze należy pamiętać, że jesteśmy jedynie ludźmi, a nie maszynami, a więc musimy zaakceptować to, że w naszym życiu występują dobre i złe chwile, mogące trwać nawet kilka tygodni. Bądźmy dla siebie samych uprzejmi i starajmy się wykonać zadanie lepiej następnym razem, zachowując cierpliwość". Po drugie należy znaleźć jakieś hobby, które zrównoważy napięcia w pracy, cierpliwie wykonywać techniki relaksacyjne, które pomogą sprostać niepokojowi. Nie ma znaczenia czy będzie to trening autogenny, technika Alexandra, czy cokolwiek innego. Podkreśla on, że ambitni studenci są najbardziej narażeni na kryzysy. Obecnie Helmut Sprenger jest w stanie zagrać wszystko w swoim własnym domu, ale nie powrócił jeszcze do orkiestry. Kontynuuje karierę muzyczną jako „wolny strzelec", dyrygent i nauczyciel gry na waltorni na różnych poziomach, włącznie z muzykami zawodowymi, którzy przechodzą kryzys. Odczuwa wielką satysfakcję, kiedy udaje mu się przekazać im swoje doświadczenia.

Ciąg dalszy TUTAJ
Irena Marie Rieband
 
artykuł został opublikowany
w amerykańskim czasopiśmie
The Horn Call, Maj 2010

Irena Marie Rieband jest absolwentką Uniwersytetu Londyńskiego
oraz pierwszą waltornistką Sudeckiej Orkiestry Filharmonicznej.

Zobacz również:



Podziel się tą informacją, jeśli uważasz że jest ciekawa




Polecamy także:






Translator

Reklama

Biografie

Edwin Golnik

Edwin Golnik
1919-1979