Echo polowania, czy pianie koguta?

sześć nut wpisanych w tajemniczą aferę
Gdy 20 października 1829 roku dziewiętnastoletni Fryderyk Chopin wyjeżdżał dyliżansem do Antonina, pozostawił w Warszawie prawie ukończony Koncert f-moll na fortepian i orkiestrę. Po kilkudniowym pobycie w gościnie u księcia Antoniego Radziwiłła i powrocie do domu, Fryderyk zwierzył się przyjacielowi:
byłbym tam siedział, dopóki by mię nie wypędzono, ale moje interesa, a szczególniej mój Koncert, jeszcze nie skończony, a oczekujący z niecierpliwością ukończenia finału swego, przynaglił mię do opuszczenia tego raju.
Wydaje się bardzo prawdopodobne, że po podjęciu pracy nad
oczekującym z niecierpliwością ukończenia finałem swego pierwszego Koncertu, Chopin "poprzez muzykę" jak sądził Kazimierz Pussak ożywił z
atracające ostrość kontury antonińskich wspomnień. Szczególnie mogłoby to dotyczyć owej zaskakującej frazy waltorni, brzmiącej jak odległe leśne echo myśliwskiego rogu któregoś z przygodzickich strzelców, obowiązanych
bory codziennie obiegać w celu dostarczenia zwierzyny na stół książęcy. Mogła to także być impresja ze spędzonego przez Chopina w Antoninie dnia św. Huberta - 2 listopada - obchodzonego już wówczas w Wielkopolsce hucznymi polowaniami jako dzień patrona myśliwych. A jednak... pewne niewyjaśnione do dziś okoliczności prowokują do postawienia pytania, zawartego w tytule artykułu.
Prawie sto lat po śmierci Fryderyka Chopina, bliżej nieznana Paulina Czernicka przez cztery lata wprawiała w osłupienie chopinologów sukcesywnie ujawniając treść listów, które - według jej solennych zapewnień - napisał osobiście Chopin do Delfiny z Komarów hr. Potockiej. Jeden z tych listów (publikowanych w latach 1945-1949) nieoczekiwanie przyniósł... rozwiązanie zagadki
słynnego motywu na waltornię solo z finału Koncertu f-moll! Opublikowany przez Paulinę Czernicką fragment tego listu, to jakby relacja z rozmowy, podczas której anonimowy waltornista usiłował Chopina przekonać, że solowa fraza waltorni nie tylko jest
kiepska ale sprawia ponadto wrażenie, iż jest popełnioną przez kompozytora... omyłką! Nawet jeśli podczas prób - twierdził rozmówca Chopina - uda się ową frazę zagrać czysto, to na koncercie najczęściej jej wykonawca
raz dmuchnie - i fałsz! Aby uzasadnić swój pogląd, waltornista
detaliowo (szczegółowo) objaśnił Chopinowi właściwości swego instrumentu.
Rozbawiony tą rozmową Fryderyk wywnioskował z ugrzecznionych wywodów muzyka, że ten postawił mu właściwie
zarzut niewygadany nieznajomości zasad instrumentacji (rozpisywania utworu na instrumenty orkiestry). Chopin ze śmiechem przyznał waltorniście rację w kwestii słabego opanowania przez siebie umiejętności instrumentowania. Ale jednocześnie kategorycznie zaprzeczył, jakoby owych kilka nut w partyturze było kompozytorską omyłką. Co więcej - Fryderyk Chopin stwierdził, że kwestionowana fraza solowa waltorni ...
może być fałszywa, gdyż jest ona naśladowaniem pewnego odgłosu natury: jest to pianie koguta przed świtem!

Co było słychać z antonińskiego pałacu w jesienny poranek?
Wyjaśnienie przez Chopina zagadki - zawarte w liście ujawnionym przez Paulinę Czernicką sto lat po śmierci kompozytora - było kojącym balsamem dla skołatanych serc waltornistów, wśród których od kilku pokoleń utrwaliło się zabobonne przeświadczenie o fatum tkwiącym w sześciu nutach, z których składa się przeznaczona dla nich fraza w finale Koncertu f-moll (op. 21). Nawet doświadczony i znakomicie przygotowany waltornista, gdy tylko stanął przed perspektywą wykonania swojej partii solowej na koncercie odczuwał w sercu niewytłumaczalną trwogę, że - najpewniej za sprawą jakichś sił nieczystych - z waltorni nieoczekiwanie wyskoczy przeraźliwy kiks, wywołujący z trudem maskowane uśmieszki kolegów przy sąsiednich pulpitach i mrożące krew w żytach spojrzenie dyrygenta.