Od czasów wojny, gra Dennisa Braina jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych, a już na pewno jednym z najpogodniejszych elementów brytyjskiego życia muzycznego. Nie było sezonu bez jego doskonałego występu jako solista.

Często widywany był jako pierwszy waltornista wielu londyńskich orkiestr, a nikt kto był na jego koncercie nigdy nie zapomni jego niezrównanej jakości dźwięku i frazowania w pasażach solo, od małych fragmentów w utworach dawnych mistrzów (często niesamowicie wysokich - ale zagranych niezwykle pewnie), do znanych melodii z bliższych nam czasów (włączając w to Horn Call z dramatu Zygfryd, Wagnera). Następnie należy wymienić jaego liczne występy w zepsołach kameralnych, zarówno z fortepianem (Adagio i Allegro, op.70, Schumanna), jak i z zespołami smyczkowymi (Kwintet KV 407 Mozarta). Jego własny wspaniały zespół, także zachwycał nas swoimi występami, wykonując wszystko, od muzyki Mozarta, aż po utwory współczesne, z których część była zainspirowana i napisana dla Dennisa.

Tragiczny wypadek pierwszego września pozostawia muzyczną pustkę, która już nigdy nie będzie mogła być wypełniona. Wypadek ten pozbawił nas wspaniałego artysty z jedynym w swoim rodzaju połączeniem niesamowitej techniki, muzykalności, żywego i sensownego zainteresowania muzyką każdego rodzaju, oraz wspaniałego temperamentu wykonawczego, idącym w parze z pełną wdzięku osobowością. Pozbawił nas także człowieka niezwykle wielkodusznego, prostego i pełnego uroku osobistego.

Ustnik Dennisa Braina w Royal Academy of Music w Londynie. Fot. Grzegorz Curyła
Po raz pierwszy poznałem Dennisa na początku lata w roku 1942. Pisałem wtedy podkład muzyczny do serii komentarzy radiowych o Anglii z czasów wojny, które były nadawane cotygodniowo w Ameryce o wyjątkowo nieludzkiej porze – trzeciej nad ranem. Całość nagrywana była przez orkiestrę RAF (Królewskich Sił Powietrznych), w której Dennis był pierwszym waltornistą. Dobrze pamiętam, kiedy podszedł do mnie na jednej z prób, aby porozmawiać ze mną o jakimś technicznym punkcie w jednej z jego solówek. (Rzecz jasna, nie trzeba dodawać, że kiedy usłyszałem go po raz pierwszy, w pierwszej audycji z cyklu, wykorzystywałem każdą okazję by wprowadzać rozbudowane solówki waltorniowe do każdej następnej partytury!) Wkrótce zostaliśmy przyjaciółmi i nie zajęło mu dużo czasu przekonanie mnie, abym napisał specjalnie dla niego utwór. Tak powstała Serenada na tenor, waltornię i orkiestrę, która swoją premierę miała w 1943 roku (wspólnie z tenorem Peterem Pearsem). Jego pomoc przy pisaniu utworu była nieoceniona, jednakże był zawsze niezwykle rozważny w doradzaniu przy wprowadzaniu zmian i poprawek. Fragmenty, które wydawały się niewykonalne nawet dla tak ogromnego talentu jak on, były ćwiczone dopóty, dopóki stało się jasne, że wymagają poprawek. Tak ogromny był jego szacunek dla pomysłów kompozytora. Dennis, rzecz oczywista, wykonywał ten utwór wielokrotnie i po jakimś naszła mnie myśl, że poza nim, nikt nigdy nie wykona go wystarczająco dobrze. Jednakże, muszę być Dennisowi wdzięczny za to, że rzucił wyzwanie innym waltornistom w wykonywaniu tego utworu. Jednym z moich najszczęśliwszych muzycznych doświadczeń było dyrygowanie tym utworem dla niego i Petera Pearsa – serii wspaniałych występów, postępujących od młodzieńczej żywiołowości i błyskotliwości w jego wczesnych dniach, do dojrzałości i dogłębnego zrozumienia w ostatnich kilku latach.

Później, w 1954 roku, napisałem kolejny utwór dla Dennisa, ponownie z udziałem tenoru, ale tym razem z akompaniamentem fortepianu, pamięci Noel Mewton-Wood. Noel był przyjacielem nas wszystkich i zagrałem wspólnie z Dennisem wiele recitali. Jego śmierć była zarówno tragiczna jak i niespodziewana. Tym razem utwór byl przygaszonym Kantykiem (moim trzecim), oprawą tragicznego w przekazie wiersza Edith Sitwell, i od samego początku Dennis rozumiał wyniosły, elegijny charakter tego utworu. Nigdy nie zapomnę jego interpretacji mrocznego początku, „pełzających” skal chromatycznych i piorunujących niskich dźwięków.

Wiele razy przyjeżdżał aby grać dla nas na Aldeburgh Festival, w ostatni lipiec przyjechał głównie po to, aby dyrygować. Tutaj ponownie pokazał wiele ze swoich wspaniałych cech – muzykalność, inteligencję, inicjatywę i ciężką pracę – i wielu miało podstawy do tego by sądzić, że dyrygentura pochłonie go wkrótce z taką samą łatwością i przekonaniem, jak gra na waltorni. Jednakże, co wielu pamięta lepiej z tego wieczoru to nie jego dyrygentura, ale wykonanie na tym samym koncercie niedokończonej części jednego, zachowanego tylko we fragmentach, zkoncertów Mozarta w E-dur. Tutti rozpoczęło się jak zwykle z cudownym bogactwem i intensywnością. Delikatne frazy i następujący po nich kontrapunkt, błyskotliwe pasaże skrzypiec i uspokajające solówki oboju. Potem rozpoczął solista - pewnie, bohatersko i wszystko wskazywało na to, że usłyszymy najlepszy ze wszystkich wspaniałych koncertów Mozarta. I wtedy nagle, w samym środku zawiłego pasażu, wspaniale wykonanego, Dennis przerwał: cisza. Dennis uśmiechnął się, wzruszył ramionami i zszedł ze sceny w Jubilee Hall. Tej nocy, jak każdej, wracał po występie do swojego domu w Londynie samochodem. Aldeburgh nie jest tak daleko od Londynu jak Edinburgh, ale dostatecznie daleko po ciężkim dniu prób i występu, zarówno jako dyrygent jak i solista. Niektórzy, jak zawsze, protestowali, ale Dennis zawsze odpowiadał im uśmiechem. To był ostatni raz kiedy słyszałem grę Dennisa, ostatni raz kiedy go widziałem. Ten fragment Mozarta zapadł w mojej pamięci jako symbol samego życia Dennisa. Ale nam nie jest tak łatwo po prostu wzruszyć ramionami…

Artykuł ten po raz pierwszy pojawił się
w 46 numerze magazynu "Tempo".
tłumaczenie: Przemek



Podziel się tą informacją, jeśli uważasz że jest ciekawa




Polecamy także:






Translator

Reklama